sobota, 24 lipca 2010

Nowy blog

Witajcie! Z przykrością stwierdzam, że tego bloga już nie będzie. Było za dużo błędów. Zapraszam w nowe miejsce:
http://blogzopowiadaniaminakazdytemat.blogspot.com/
Do zobaczenia na drugim blogu!

piątek, 23 lipca 2010

Niedźwieź Jack i Yeti

Witajcie! Wiem, że miałam wcześniej umieścić to opowiadanie na blogu, ale miałam tyle spraw na głowie! Posłuchajcie:

Daleko, daleko od Polski (bo na Antarktydzie) mieszkał niedźwiedź polarny Jack. Miał on już parę lat. Nawet najstarszy mieszkaniec Antarktydy mawiał:

-On jest tu od zawsze. Kiedy przyszedłem na świat, on już był staruszkiem.

Dlatego też wszyscy mieszkańcy myśleli, że ma już z około 600 lat i może to była prawda. On sam często mówił:

-Gdy się urodziłem nie było jeszcze dinozaurów.

Niektórzy mu wierzyli, a niektórzy nie.

-Przecież nie może być taki stary! –powiadali.

Nikt do końca nie znał jego wieku, dlatego mówili na niego „Stary, bo Stary”. I taki mu już przydomek został. Któregoś dnia Jack pił malinową herbatę. Siedział na stołku i machał nogami dla rozgrzania, bo było wyjątkowo zimno. „Takiego mrozu nie było od czasu jak Diomek (Jack zawsze mówił, że jak pojawiły się dinozaury przygarnął sobie jednego i nazwał „Diomek”) dostał ataku kichania. Mówię wam- jak kichał powietrze zmieniało barwę i temperament.” –pomyślał sobie i zaśmiał się ochrypłym głosem. Nagle usłyszał głośne pukanie. Spokojnym krokiem podszedł do drzwi i otworzył je. Z dworu wbiegła przemarznięta pingwinia mama i zaczęła krzyczeć:

-Dziecko! Moje dziecko! Yeti i… Porwanie! Dziecko! Moje dziecko!

-O co ci chodzi Mary? –spytał zdziwiony Jack.- Wiem jak kochasz swoje dziecko, ale nie musisz tak o nim krzyczeć! I po co w twojej wypowiedzi Yeti? Wogule to… Uspokój się!

-Dobrze. Już. Zaraz.

Mary zaczęła bardzo powoli oddychać. Brała głębokie wdechy i wydechy. Po kilku minutach zaczęła liczyć do 10. Kiedy skończyła powiedziała:

-Już się uspokoiłam.

- Dobrze –powiedział niedźwiedź- W takim razie usiądź i spokojnie powiedz co się stało.

Pingwinia mama usiadła i zaczęła mówić:

- Przed sekundą razem z moim synkiem Paulem jadłam lunch. Wtem drzwi od naszego domu otworzyły się i wbiegł Yeti! Wziął mojego synka mówiąc „Może teraz coś powiesz!” i uciekł. Od razu przybiegłam do ciebie. Musisz mi pomóc. Paul jest w niebezpieczeństwie!

-Hmm… -zastanawiał się Jack.- Jeśli jest tak jak mówisz to musimy go natychmiast ratować. Yeti jest bardzo groźny. Bardzo. Dlatego też pomogę ci, Mary. Zaczekaj u mnie. Do póki Yeti jest na wolności, twój dom nie jest bezpieczny.

-Czemu mój nie jest, a twój jest bezpieczny?

-Bo w twoim domu mieszka też porwane przez niego dziecko.

-Mój Paul! –krzyknęła Mary i zapłakała.- Pośpiesz się Jack!

-Obiecuję, wrócę jak najszybciej z żywym Paulem.

-Dobrze.

Niedźwiedź wziął gruby szal oraz grubą czapkę i wyszedł. Było naprawdę bardzo zimno, więc biegł, a nie szedł. Kiedy znalazł się 10 metrów od domu Yeti, znacznie się pozimniało. Im dalej szedł, tym było mroźniej. Po prawej i lewej stronie stały zamrożone zwierzęta.

-Jak dobrze, że się ciepło ubrałem. –powiedział Jack choć myślał, że to nie temperatura zamieniła ich w lód. Ostrożne i bardzo cicho wślizgnął się do tego domku. Schował się pod stół i przyglądał wszystkiemu. Zobaczył małego pingwina, który siedział na ławce i jakąś szarą postać, która się czemuś przyglądała. Nagle

odeszła i poszła w kierunku pingwina. Jack wychylił szyję, żeby zobaczyć czemu się przyglądał. Ku jego zdziwieniu było to… Polskie 5 złotych w monecie.

-A więc powiadasz, że nie widziałeś ludzkiej osady –powiedział „szary ludek”.

- Nie, panie Yeti –odpowiedział malec.

-Naprawdę, Paul? –„sztucznie” dziwiło się Yeti.- Naprawdę? To jak wytłumaczysz, że wczoraj w nocy z pod twojej poduszki zabrałem to, to i to?

To mówiąc pokazywał na 5 złotych, lunetę, która wisiała na ścianie i pluszowego misia, który siedział na łóżku.

-Znalazłem –odpowiedział Paul.- Ja to znalazłem.

-Tak? Naprawdę? Nie wiedziałem, że takie rzeczy da się znaleźć tu- na Antarktydzie bez śladów żadnej ludzkiej osady –znów „sztucznie” dziwiło się Yeti.

-A ja nie wiedziałem, że można tak dręczyć małe dzieci –powiedział Jack wychodząc z po stołu.

-Hmm… Mamy gościa! Choć to dziwne bo NIKOGO NIE ZAPRASZAŁEM!!! –krzyknął „szary potwór” i walnął niedźwiedzia w brzuch. Jack oddał mu i walną po głowie i tak zaczęła się walka. Bili się aż pełno było wszędzie kurzu, a Paul wołał:

-Jack! Dawaj Jack! Wygrasz Jack! Jack!

W końcu Yeti wziął kolorowy karabin i wycelował w polarnego niedźwiedzia. Gdy strzelił, nasz bohater zrobił unik i nie oberwał. I to dobrze, bo teraz ścianę zdobił wielki kawał lodu. Ale „szary potwór” nie poddawał się. Strzelał dalej, ale zawsze chybił. Wtem Jack złapał broń i strzelił w Yeti. Jego natychmiast pokrył lód. Paul i Jack świętowali, a potem wrzucili go do oceanu. Yeti odpłynął i na Antarktydzie nikt go więcej nie widział. A Paul cały radosny wrócił do domu i wszyscy żyli długo i szczęśliwie.

Mam nadzieję, że wam się podobało. Jutro książka pisana przeze mnie jak miałam pięć lat, trafi na blog. Do zobaczenia!

wtorek, 20 lipca 2010

Niestety

Witajcie! Niestety dziś nic nowego nie będzie. Zero opowiadań, wiadomości... Po prostu nic! Ale tak jak obiecywałam jutro będzie nowe opowiadanie. One da wam choć trochę ochłonąć. Do zobaczenia!

poniedziałek, 19 lipca 2010

2 dobre wiadomości

Witajcie! Dzisiaj jest bardzo gorąco, prawda? Dobrze, że wczoraj trochę popadało. Przynajmniej odedcheliśmy z ulgą. Nie wiem jak wam, ale mi było bardzo gorąco. Uff! Ale przejdźmy do rzeczy. Dziś opowiadania niestety nie będzie [ :( ]. Ale za to mam dla was 2 dobre wiadomości!

1. Szykuję dla was ochładzające opowiadanie na jutro i pojutrze, bo ma być wtedy wyjątkowo gorąco. Oczywiście nie będę pisała na te dni osobno opowiadań. Po prostu opowieść będzie gotowa albo jutro, albo pojutrze.
2. Pamiętacie notkę "COŚ EXTRA"? Jeśli tak to mam dla was dobrą wiadomość. Ta książka będzie na moim blogu już w sobotę! A więc czekajcie!

To już wszystko na dziś. Życzę miłego dnia i do zobaczenia!

niedziela, 18 lipca 2010

Coś extra

Wiem, że już dziś pisałam, ale to co wam powiem jest super! Wyobraźcie sobie, że dziś znalazłam pewną książkę, lecz nie byle jaką! Tą książkę pisałam z mamą. Ja dyktowałam, a mama pisała. Miałam wtedy może pięć lat... Napiszę wam ją na blogu, bez poprawiania błędów. Bo tam jest dużo powtórzeń itp itd. No więc czekajcie! Już niedługo!

Marcin i gadająca krowa

Witajcie! Będę pisała na tym blogu opowiadania mojego autorstwa. O to pierwszy:

Za górami, za lasami mieszkał chłopak o imieniu Marcin. Był bardzo biedny. Bardzo. Jego mama nazywała się Maria, a ojciec Jan. Żeby móc cokolwiek zjeść, trzeba było pracować od rana do wieczora. Marcin też pracował! Dlatego nie chodził do szkoły. Pewnie wiele z was mu zazdrości. Musicie odrabiać cały czas lekcje, uczyć się i itd. Ale on pracował sto razy więcej niż Wy w szkole! A poza tym bardzo żałował, że się nie uczy. Nie umiał czytać, pisać, liczyć itp. A to mu bardzo przeszkadzało. Oj, bardzo! Któregoś dnia, gdy zbierał  grzyby w lesie, usłyszał głośny krzyk. Po kilku minutach zaczął on przeistaczać się w bardzo dziwny dźwięk. Głos zbliżał się do niego strasznie szybko, aż usłyszał  tupot czegoś ciężkiego. Chwilę później zobaczył biegnącą krowę, która zatrzymała się przed nim i przemówiła do niego ludzkim głosem:

-Witam cię Marcinie. Jeśli będę mogła się u ciebie schronić, spełnię jedno twoje życzenie

-Ale mam pytania -spytał się Marcin.- Kim jesteś? Czemu chcesz się chronić? Skąd znasz moje imię?

-To wszystko jest bardzo mało istotne -odpowiedziała krowa- A jeśli chcesz wiedzieć, to jak najprędzej mnie z stąd zabierz! Szybko! Nie ma czasu!

-Dobrze, już dobrze.

Marcin złapał za sznurek z jego torby. Zawiązał krowie na szyi i  zabrał ją do domu, ciągnąc za linę. Kiedy dotarli schował ją do obory i dał jej wodę i paszę. Potem usiadł na stogu siana i powiedział:

-Teraz jesteś bezpieczna.

-W takim razie -odpowiedziała krowa- Mogę powiedzieć ci o co w tym wszystkim chodzi. Przez pięć lat mieszkałam w zamku. Niestety nie wolno mi było nigdzie samej iść, bo jestem krową magiczną i boją się, że ktoś mnie ukradnie. Jednak ja potajemnie wychodziłam nocą do lasu. Przez drzewa oglądałam waszą wioskę. Dlatego znam twoje imię. Ale dziś mi się nie udało. Gonili mnie, aż złapali. Bili mnie ostrym biczem, a ja krzyczałam. Mogłeś słyszeć. A potem dzwonili w róg żeby przywołać pomoc.

-A ja to słyszałem! Lecz ten róg określiłem "dziwnym dźwiękiem".

-Dziwnym dźwiękiem? Dziwnym? No cóż. Na czym to ja... A! Potem udało mi się wyrwać i uciekłam. Dobiegłam do ciebie i resztę historii już znasz.

-Tak!

-No właśnie.

-Ale jednego nie rozumiem.

-Hmm?

-Jesteś magiczną krową. Czemu więc się nie uwolniłaś?

-Bo moja moc zniknęła.

Nagle krowa podniosła się do góry i opadła.

-Co się stało? -zdziwił się Marcin.

-Odzyskałam moc! W takim razie mogę spełnić twoje życzenie i wyjechać z kraju. Więc co sobie życzysz?

Marcin zamyślił się. Mógł nie być już biednym i wtedy pójść do szkoły. Ale dziś się czegoś nauczył. Więc zamiast tego powiedział:

-Chcę aby ci, którzy  cię wygonili z pałacu, przyjęli z otwartymi rękami i żeby pozwali ci wychodzić samej z zamku. 

-Czyli żeby byli dobrzy?

-Tak.

-Na pewno?

-Na pewno.

Krowa bardzo się zdziwiła, ale mimo to spełniła życzenie. Potem zniknęła, a Marcin już nigdy nie narzekał na pracę, głód i biedę. 

I co podobało wam się? Mam nadzieję, że tak. Następne opowiadania o zwierzakach już niedługo!

Obserwatorzy